Pierwsza wyprawa w Bieszczady i od razu grom z jasnego nieba. Co tu dużo gadać – zakochałam się! W przepięknych widokach, wszechobecnej zieleni lasów, błękicie i czystości Jeziora Solińskiego oraz bardzo sympatycznych i gościnnych ludziach. Jesienią jest tam ponoć jeszcze piękniej, dlatego mam nadzieję tam kiedyś powrócić. Z resztą tam naprawdę nie można się nudzić. Jest tyle atrakcji, począwszy od wycieczek górskich, różnorodnych szlaków spacerowych, Szlaku starych cerkwi, Jeziora Solińskiego, po którym można pływać żaglówką, kajakiem i rowerem wodnym. Wędkarze także znajdą tu coś dla siebie – ogromne karpie (które także leniwie opalają swe grzbiety przy zaporze, czekając aż jakiś turysta zechce nakarmić je bułką czy chlebem :), szczupaki dochodzące do 20 kg wagi, sandacze, okonie i wiele wiele innych. Po prostu raj na ziemi.

No ale prowadzę bloga kulinarnego i przydałoby się wspomnieć coś o kuchni bieszczadzkiej :) Generalnie odwiedzając nowe miejsca staram się jeść jak najbardziej regionalnie. Przed wyjazdem zapoznałam się z tradycyjnymi daniami kuchni bieszczadzkiej i podkarpackiej, łączącej w sobie kuchnię polską, bojkowską i łemkowską. Do tradycyjnych dań należą np. hreczanyki (kotlety z mięsa mielonego i kaszy gryczanej), warenyki – pierogi z mąki razowej z farszem z kapusty i kaszy gryczanej ze skwarkami, fuczki -ciasto naleśnikowe z kapustą smażone na patelni, placek po bieszczadzku – duży placek ziemniaczany z gulaszem mięsnym i kwaśną śmietaną, pierogi razowe z kaszą gryczaną i bryndzą, dodatkowo żurek, przejęte ze Wschodu pielmieni oraz wszechobecny pstrąg, ze względu na dużą ilość jego hodowli.

A jak to wygląda w praktyce? Ano różnie. Bazę wypadową i noclegową mieliśmy w Ustrzykach Dolnych, więc stołowaliśmy się głównie tam, zjeżdżając na obiad z gór. Generalnie, żeby popróbować kuchni bieszczadzkiej trzeba się po restauracjach nachodzić, bo w Ustrzykach nie ma jednej, z typową ichnią kuchnią. Swoim skromnym zdaniem mogę polecić placek po bieszczadzku w restauracji Niedźwiadek (choć oprócz niego z tradycyjnych przysmaków były tylko pielmieni). Jedyna potrawa bez zarzutu, której próbowałam. Porcja ogromna, więc połowę musiałam zabrać ze sobą na kolację :)

Drugą restauracją godną uwagi jest Piwniczka (także w Ustrzykach Dolnych).  Tu wybór dań regionalnych był większy: hreczanyki, proziaki (placki pieczone na blasze opalanej węglem drzewnym), zalewajka, knysze z białym serem, cebulą i ziemniakami oraz gołąbki z tartymi ziemniakami. Od razu postawiłam na proziaki jako przystawkę i hreczanyki na danie główne. Niestety proziaków akurat nie było. Były za to hreczanyki z sosem pieczarkowym. Bardzo smaczne, choć kucharz przesadził z ilością czosnku. Owszem, robi się je z czosnkiem, ale nie wolno zabijać tym czosnkiem smaku dania! Z resztą czosnek tam jest chyba główną przyprawą, bo narzeczony jadł zawijany schab, który także niesamowicie „dawał” czosnkiem :( Ale generalnie nie było źle.

Na wycieczce nad Solinę postanowiliśmy zjeść coś w Polańczyku. Po długich poszukiwaniach niefortunnie trafiliśmy do restauracji Atrium. By tam wstąpić skusiły mnie razowe pierogi z kaszą gryczaną i bryndzą i pasztet z jelenia, a narzeczonego pieczone żeberka na kapuście kiszonej, które widniały w menu przy wejściu do restauracji. I tu totalna porażka, bo już w menu restauracyjnym okazało się, że pierogi i owszem są, ale z samą kaszą, zaś pasztetu i żeberek ni widu ni słychu :( Podziękowałam i wyszłam, bo nic innego ciekawego tam nie znalazłam. Na obiad wróciliśmy więc do Ustrzyk Dolnych, gdzie udaliśmy się do Pizzerii pod Orlikiem. Mężczyzna jak to mężczyzna, oczywiście wybrał pizzę ;) (bardzo dobra, można ją polecić z czystym sercem) a ja pstrąga z grilla. To był strzał w dziesiątkę, bo pstrąg przepyszny, świeżutki, dobrze doprawiony i rozpływający się w ustach :) I co ważne – ważony (cena zależna od wagi ryby) po przyrządzeniu, więc za odparowaną wodę nie płacimy! Z tej samej pizzerii mogę polecić lody, które są produkowane przez nich osobiście. Pistacjowe czuć prawdziwymi orzechami, a nie sztucznym aromatem. Do tego duży wybór dla dzieci – np. o smaku smerfowym ;) gumy balonowej, krówki itp. Co kto lubi.

Udając się do Sanoka postawiliśmy sobie za cel odwiedzenie lokalu Stary Kredens, w którym odbywały się kuchenne rewolucje pani Gessler. Niestety nie opiszę jak było, gdyż nie dotarliśmy tam z powodu proziaków :) Musiałam ich spróbować, bo jak wspomniałam, wcześniej nie było. Proziaki vel proziołki to tradycyjne placki podkarpackie (z mąki, sody oczyszczonej,jajek i śmietany lub zsiadłego mleka), pieczone na blasze opalanej drzewem. Do wyboru z masłem, masłem czosnkowym i kurkowym. Zjedliśmy z kurkowym. Były przepyszne. Proste danie i bardzo sycące, dlatego nie dotarliśmy w Sanoku już do żadnej restauracji.

W Sanoku w środy i piątki odbywa się duży jarmark. Dostępne są wówczas różne produkty począwszy od kulinarnych (pieczywo, lwowskie ciasta, sery, prozioki, przyprawy itp.) po wyroby lokalnych artystów.

 

Oczywiście zajadaliśmy się także oscypkami z sera owczego i koziego. Szkoda tylko, że nigdzie nie znalazłam bryndzy i bundzu :( no, ale może następnym razem. Polecę Wam także stoisko z przyprawami przy zaporze na Solinie. Przemiły Pan z Polańczyka sprzedaje tam różne „cudeńka” w przystępnej cenie. Obkupiłam się przyprawami do bólu :)

W niedługim czasie postaram się osobiście przygotować jakieś potrawy kuchni bieszczadzkiej. Mam nadzieję, że wyjdą :)

 

P.S. Potraw nie fotografowałam, ponieważ jest to dla mnie niezręczne w restauracji pstrykać zdjęcia :)