Lato nadchodzi wielkimi krokami, a wraz z nim lżejszy ubiór. Co się z tym wiąże – będziemy pokazywać coraz więcej ciała. Każdy z nas chciałby jako tako wyglądać w krótkich spodenkach i bluzkach na ramiączkach, ale… jak wiecie, różnie to bywa.

Jestem przekonania, że na wygląd pracujemy całe życie – dietą i ruchem, a nie tylko od lutego do czerwca, żeby zmieścić się w bikini, a później to już hulaj dusza piekła nie ma i z roku na rok, targamy na grzbiecie coraz więcej kilogramów. Pomijając aspekty estetyczne, takie podejście odbija się na naszym zdrowiu. Organizm katowany przez 4-5 miesięcy drastyczną dietą i często zbyt mocnym treningiem, będzie się buntował i po pierwsze, zacznie odkładać tłuszcz „na czarną godzinę”, po drugie, z wyczerpania może dopaść nas jakaś niemiła kontuzja. To z kolei skutkuje kolejnym przestojem, zdenerwowaniem (często zajadanym słodyczami) i całkowitym zniechęceniem z braku widocznych efektów. I tu koło się zamyka. Jak temu zaradzić?

Przede wszystkim zmienić podejście do żywienia. Stosować nie dietę odchudzającą, a dietę rozumianą jako stały sposób odżywiania, przyjaciela na całe życie. Dlatego nie może to być dieta ani drastyczna, ani jednoskładnikowa czy eliminacyjna, bo nikt zdrowy nie udźwignie tego wyzwania przez kilkadziesiąt lat. W końcu przyjdzie gorszy moment i człowiek dosłownie „rzuci się” na ciasteczka, chipsy, fast foody i cała masę niezdrowych przekąsek. Organizmowi trzeba dostarczać produkty z każdej grupy: węglowodanów, białek i tłuszczy. Muszą to być jednak produkty wartościowe i jak najmniej przetworzone. Jeżeli węglowodany to: razowe pieczywo i makarony, kasze, brązowy ryż i dużo warzyw (owoce mają dużo cukru i nie należy przesadzać z ich ilością); jeżeli lubimy słodycze – lepiej zjeść kawałek gorzkiej czekolady lub upiec coś samodzielnie. Z białek wybieramy chude mięso drobiowe, wołowe i wieprzowe (np. schab jest chudy i wbrew powszechnej opinii zdrowy – o ile nie smażony w panierce), tofu i warzywa strączkowe (soczewicę, ciecierzycę, fasolę); wartościowe tłuszcze to głownie te pochodzenia roślinnego: olej rzepakowy, olej lniany, oliwa z oliwek, olej kokosowy, pestki słonecznika i dyni, orzechy. Z tłuszczów zwierzęcych eliminujemy wszelkiej maści tłuste mięso i smalec wieprzowy. Tłuszcze ukryte w rybach (śledziu, makreli, łososiu), odrobina gęsiego smalcu (nie za często, bo smażenie też nie sprzyja figurze) czy masło (też nie przesadzając) powinny stanowić nieodzowny składnik naszego menu. Nie wolno całkowicie usuwać tłuszczu z diety, gdyż jest on potrzebny do przyswajania witamin (A, D, E, K) oraz wytwarzania hormonów.

Dokładniej o proporcjach poszczególnych składników i o tym, że jednemu nie będzie służyć to, co drugiemu, opiszę w innym poście. Teraz, płynąc do brzegu, chciałam podkreślić to, co najważniejsze:

1. Aby schudnąć, nasz bilans energetyczny musi być ujemny; nie ma innej opcji – albo mniej żresz albo dużo więcej się ruszasz; najlepiej znaleźć w sieci kalkulator dziennego zapotrzebowania energetycznego, dzięki któremu będziemy mogli określić nasze zapotrzebowanie na kalorie na podstawie wagi, wzrostu, wieku i codziennej aktywności fizycznej – tylko tę wybieramy uczciwie (nu, nu) – jeżeli cały dzień w pracy siedzimy i dodatkowo tylko spacerujemy 20 minut, to jest to najniższy poziom aktywności! Jeżeli chcemy schudnąć to od uzyskanego wyniku odejmijmy sobie około 300-500 kcal (jakoś nie brzmi strasznie nieprawdaż?), w zależności od tego jak szybko chcemy chudnąć, czy ćwiczymy itd. I tu też ostrzegam przed zbyt szybkim chudnięciem – najlepiej tracić około 0,5-1 kg tygodniowo, inaczej czeka Was JOJO.

2. Dla naszego dobra powinniśmy wygospodarować też trochę czasu na ruch. Najlepszy będzie ten na świeżym powietrzu np. jogging, rower, marsze, rolki itp. Jednak warto ćwiczyć nawet w domu, ja np. oglądam sobie coś w TV lub czytam, jednocześnie jeżdżąc na rowerze stacjonarnym. Połączenie przyjemnego z pożytecznym. Tak samo można się gimnastykować, ćwiczyć z hantlami czy chodzić na steperze. Przyzwoicie byłoby wygospodarować minmum godzinę dziennie na aktywność fizyczną, ale można zacząć od 30 minut. Później się uzależnicie :) Do kontuzji (jakieś 3-4 tygodnie wstecz) codziennie, naprzemiennie albo biegałam (około godziny, czasem dłużej) albo jeździłam na rowerku (przeważnie godzinę i 20 minut). Oczywiście nie zarzynałam się i w ramach regeneracji  tempo czasem było baaardzo luźne. Teraz, kiedy na razie nie mogę tego robić, odczuwam psychiczny ból….

Skąd ten post, tak różny od dotychczasowej tematyki bloga? Stąd, że gdy byłam sprawna (niekontuzjowana) to generalnie mogłam jeść mniej więcej to, co chciałam (oczywiście zdrowo i właściwie), a teraz muszę jednak baczniej zerkać na talerz. Nie pójdę sobie pobiegać godzinkę, żeby spalić 500-700 kcal. Na razie mogę tylko spacerować, ale spalenie tylu kalorii równa się przejściu 10-13 km, co zajęłoby mi około 2-3 h, a i to nie wiem czy z tą nogą dałabym radę tyle przejść :(

Moja obecna sytuacja natchnęła mnie do poszerzenia tematyki bloga – być może komuś przydadzą się moje przemyślenia i rady dietetyków i sportowców przetestowane na mojej skórze :)

Naczytaliście się już wystarczająco :) O ile ktoś wytrwał ;) Czas na przepis – pyszny zapiekany bakłażan z kaszą gryczaną, suszonymi pomidorami, miętą i fetą.

Składniki (na 2 porcje):

1 bakłażan
100 g kaszy gryczanej prażonej
1 łyżka oleju rzepakowego
1 szalotka
2 ząbki czosnku
6 suszonych pomidorów z oleju, pokrojone na mniejsze kawałki
2-3 łyżeczki suszonej mięty
opcjonalnie 1/2 łyżeczki sumaku (turecka, kwaśna przyprawa w proszku)
pół pęczka natki pietruszki, posiekanego
sól, pieprz do smaku
70-100 g pokruszonej fety

Przygotowanie:

Kaszę gotujemy według przepisu na opakowaniu.

Bakłażana myjemy i przekrawamy wzdłuż na pół. Środek wydrążamy (w tym celu najlepiej naciąć miąższ w kratkę i wyciąć go; uważamy, żeby nie przebić się na wylot). Miąższ bakłażana dość drobno kroimy.

Na oleju szklimy szalotkę pokrojoną w kostkę. Dodajemy czosnek i również szklimy. Dorzucamy miąższ bakłażana, podlewamy niewielką ilością wody i całość dusimy około 5 minut.

W misce mieszamy ugotowaną kaszę z zawartością patelni, pokrojonymi suszonymi pomidorami, sumakiem i miętą. Doprawiamy solą i pieprzem.

Wydrążone połówki bakłażana wypełniamy farszem. Układamy je na blasze wyłożonej folią aluminiową (żeby nie brudzić blachy), przykrywamy kolejnym kawałkiem folii aluminiowej (błyszczącą stroną do góry) i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180OC na około 50 minut.

Wyjmujemy z pieca, posypujemy pokruszoną fetą i posiekaną natką pietruszki.

Smacznego!