Temat nietypowy jak na blog kulinarny, ale w związku z niedużą ilością konkretnych rad na ten temat w Internecie, postanowiłam opisać swój przypadek. Oczywiście jak każdy, najpierw radziłam się doktora Google, co generalnie uważam za głupotę, ale na samym początku kontuzji/choroby każdy chciałby choć trochę wiedzieć co mniej więcej mu dolega. I tak, na podstawie objawów (swoje opiszę poniżej) doszłam do wniosku, że uszkodziłam sobie mięśnie przywodziciele uda. Fachowe informacje na ten temat znajdziecie na stronie Fizjoplaner.pl, więc jako laik nie będę się produkować ;) Opowiem Wam moją historię, co spowodowało kontuzję, jak ona przebiegała, co mi pomogło i ile trwał powrót do sprawności. Nie zwalnia Was to jednak z wizyty u lekarza, który zbada Wasz, konkretny przypadek i zastosuje odpowiednie zabiegi.

Ze swojej strony polecam wizytę w gabinecie fizykoterapii. Mnie to pomogło i zamiast cierpieć pół roku, już po dwóch wizytach (w przeciągu 2 tygodni) mogłam znowu zacząć biegać.

Do tej kontuzji doszło z mojej winy, ale być może w innym przypadku fizjoterapeuta zastosuje terapię manualną i ćwiczenia, bez wspomagania falą uderzeniową itp. Każdy przypadek należy traktować indywidualnie, więc jeżeli coś Wam dolega to nie zastanawiajcie się dłużej tylko marsz do lekarz, bo po co się męczyć?

Jak to się zaczęło?

Z przetrenowania i próby „rozciągnięcia bioder”. Powiecie, że rozciąganie bioder powinno być normalnym postępowaniem po treningu – i owszem jest, ale nie dla mnie. Do tego feralnego dnia, po bieganiu zawsze ładnie rozciągałam mięsień czworogłowy i dwugłowy uda, płaszczkowate i brzuchate łydek, przywodziciele uda i ogólnie grzbiet. Cud miód malina, dopóki nie zachciało się babie po dysplazji rozciągać bioder i pośladków. Urodziłam się z dysplazją bioder i jako maluch leżałam w specjalnych szynach. Obecnie generalnie wszystko jest ok – chodzę normalnie, mogę biegać, przez wiele lat trenowałam tenis stołowy, ba! nawet szpagat robiłam, ale usiąść po turecku nie byłam i nie jestem w stanie za żadne skarby. Niestety w tym kierunku moje biodra nie współpracują. A ja co? Wpadłam na pomysł, żeby im dopomóc trochę, bo co to za biegacz, co bioder nie rozciąga (generalnie powinno się, ale jak widać mnie to nie bardzo służy). I rozciągnęłam, a w zasadzie przeciągnęłam aż miło ;) . Poczułam lekkie ukłucie, takie jak to czasem coś w stawie przeskoczy i zbagatelizowałam to…

Następnego dnia (było to koło tygodnia przed Wielkanocą) poszłam biegać. W planach miałam dyszkę, może dwanaście km, zależnie od samopoczucia. Biegam po różnej nawierzchni, zdecydowanie wolę „leśne rajdy” (tak je nazywam) niż asfalt, ale zimą i wczesną wiosną, ze względu na to, że szybko robi się ciemno „latam po asfalcie”. I tego dnia akurat tak sobie leciałam – trochę po lasku, resztę po asfalcie. Mniej więcej po 4-5 km poczułam dyskomfort w lewej pachwinie, który następnie przeszedł w ból, promieniujący po wewnętrznej stronie uda od pachwiny do połowy uda. Powinnam była się zatrzymać, przejść do marszu i wrócić do domu. Niestety pamiętajmy, że to była wczesna wiosna, więc temperatura późnym popołudniem sięgała zaledwie 4-5 stopni i do tego trochę wiało. Do domu miałam jakieś 4 kilometry, więc spocona, maszerując tyle w cienkiej bluzce ryzykowałam zapalenie płuc. Biegłam więc dalej, ale wolniej i starając się odciążać tę część nogi (co później okazało się sporym błędem). Dobiegłam do domu, porozciągałam się, wzięłam prysznic i poszłam spać…

Następnego dnia nie byłam w stanie podnieść nogi. Przy kontuzji przywodzicieli i innych mięśni okołobiodrowych (krzyżowo-lędźwiowego, krawieckiego, napinacza powięzi itd.) charakterystyczna jest słabość kończyny i ból przy próbie uniesienia jej do góry w pozycji leżącej lub stojącej z wykrokiem w przód. Jak to bolało…a bolała cała pachwina, udo do połowy i mięśnie pod kolcem biodrowym.  Nie mogłam normalnie wsiadać do samochodu i na łóżko. Musiałam nogę przenosić za pomocą rąk. Problemem było zawiązanie butów i uniesienie nogi, żeby wejść pod prysznic, o wchodzeniu po schodach nie wspomnę. Ból przeokropny. Nie bolało jedynie jak stałam, leżałam lub chodziłam. O dziwo chodzić się dało (widocznie mięsień tylko naciągnęłam, a nie naderwałam czy zerwałam) z czego cieszyłam się jak głupia, bo w ciągu kolejnych tygodni chodzenie stało się moją główną aktywnością fizyczną.

Postępowanie w moim przypadku.

Nie od razu zapisałam się do lekarza. Najpierw smarowałam się żelem (Fastum). Ból przeszedł po jakichś 3 dniach, więc byłam pełna nadziei. Odczekałam jakiś tydzień od kontuzji i ponownie poszłam pobiegać. Zaczęło boleć po drugim kilometrze, w sumie przebiegłam ich około 6 (debilizm, wiem, ale sytuacja podobna do poprzedniej – nie umiem kręcić kółek wokół bloku, więc musiałam biegiem wracać). Po schodach ledwo weszłam, tak samo pod prysznic. Rozciągać się już nie rozciągałam tylko legnęłam na łóżko. Nastąpił dalszy ciąg smarowania, dużo odpoczynku i decyzja o konieczności zapisania się do fizjoterapeuty. Jako, że było to dzień przed Wielkanocą, zadzwoniłam po świętach i umówiłam się na wizytę. Myślicie, że prywatnie są szybkie terminy? Guzik prawda, zwłaszcza dobrzy lekarze są oblegani. Na wizytę czekałam jeszcze dwa tygodnie.

Opisałam panu doktorowi co i jak – od razu wiedział o co chodzi. Po drenażu w podciśnieniowym kombinezonie (śpiochach) zrobił mi USG mięśni, po którym stwierdził naciągnięcie i liczne mikrourazy. Następnie potraktował mnie falą uderzeniową. Terapia falą uderzeniową to terapia falą akustyczną, która przyspiesza proces zdrowienia poprzez stymulację metabolizmu i pobudzenie cyrkulacji krwi, rozpuszczenie zwapniałych fibroblastów, zwiększenie produkcji kolagenu oraz zmniejszenie napięcia mięśni. Uszkodzona tkanka stopniowo regeneruje się i wspomaga proces leczenia w obszarze poddanym terapii(*).

Oj jak to bolało. Jestem odporna na ból, ale podczas tego zabiegu jęk bólu wyrwał mi się z gardła i byłam bliska wyrżnięcia doktorowi kolanem w głowę, żeby tylko przestał.
Następnie zostałam zaproszona pod urządzenie o nazwie Salus Talent do głębokiej stymulacji elektromagnetycznej. Też bolało, ale znacznie mniej niż fala uderzeniowa – do wytrzymania. Po zabiegu od razu poczułam się lepiej. Mięśnie nie były już tak napięte jak postronki :) Z gabinetu wyszłam z zaleceniem 3 dni odpoczynku, a następnie miałam pobiegać i ponownie stawić się na wizytę kontrolną.

W ciągu tych 3 dni dużo leżałam, ale normalnie wykonywałam codzienne czynności, nawet spacerowałam. W miejscu zastosowania fali uderzeniowej powstał krwiak i duża opuchlizna, ale czułam że boli mnie tylko podrażniona skóra a nie mięsień. Jak na wyrok czekałam na dzień w którym miałam biegać… Pojechałam do lasu z zamiarem przebiegnięcia 3 kilometrów wolnym truchtem, a w razie problemów zakończenia biegu od razu.

Wiecie jak to jest biec i zamiast cieszyć się wolnością, myśleć tylko o tym czy za chwilę cię nie zaboli? Patrzyć na każdy krok, podejrzliwie rzucać okiem na każdą nierówność terenu i czekać na nadejście najgorszego? Tragedia, już chyba wolałabym nie biegać niż biegać w ten sposób. Ale o dziwo przywodziciele nie zabolały mnie ani razu. Raz zakuło mnie tylko po zewnętrznej stronie uda, tuż pod kolcem biodrowym, ale przeszło. Przebiegłam te 3 kilometry, wróciłam do domu, porozciągałam się i cieszyłam się, że jest ok. Do czasu. Po dwóch godzinach tak mnie zaczęło boleć pod kolcem biodrowym (nie wiem czy to bolał mięsień krawiecki czy lędźwiowo-krzyżowy), że znowu ciężko było podnieść mi nogę.

Nazajutrz miałam drugą wizytę. Powiedziałam co i jak. Okazało się, że wtedy, gdy biegłam odciążając przywodziciele, za bardzo obciążyłam przeciwległą stronę uda i biodra i tak naprawdę bardziej to spieprzyłam, bo na przywodziciele wystarczyła jedna wizyta, a z resztą „bujałam się” w sumie 3 wizyty i 5 tygodni. Ponownie poleżałam pod salus talentem, w podciśnieniowych śpiochach i pod polem elektromagnetycznym, a następnie wykonywałam ćwiczenia wzmacniające i rozciągające nogi (z zaleceniem ciągłego ich stosowania w domu). Wyszłam z poleceniem, że mogę biegać i jeździć rowerem, że powinno być już ok,  ale gdyby coś się działo to miałam zapisać się bez kolejki…

Biegałam – na razie wolnym truchtem po 3 km co drugi, trzeci dzień. Biodro przestało boleć podczas biegu, ale kilka godzin po wysiłku pojawiało się takie lekkie pobolewanie i kłucie. Bez bólu mogłam podnosić nogę do góry, ale cały czas czułam dyskomfort, więc zapisałam się na trzecią wizytę. Dostałam falę uderzeniową pod biodro (ale o niskim natężeniu, więc nie bolało nic) i śpiochy (w sumie fajnie, bo ponoć zwalczają też cellulit ;) . Wyszłam z zaleceniem stawienia się na kontrolę po 3 tygodniach.

Naprawdę było już o wiele lepiej, choć nadal czasami biodro lekko kłuło. Jednak leciuteńko i niezależnie od wysiłku fizycznego. Tak jakby się regenerowały ścięgna. Bez problemu mogłam biegać i jeździć rowerem. Oczywiście wszystko ostrożnie. Bieganie zaczynałam praktycznie od początku – od 3 km wolnym tempem. Po każdych 3 treningach stopniowo zwiększałam dystans – najpierw do prawie 4 km wolnym tempem, później do 5 km, a teraz jestem na 6 km. Po kontuzji trzeba stopniowo dochodzić do formy. Najpierw biegamy wolno, a nawet marszobiegiem. Żadnych interwałów czy podbiegów. Bawimy się bieganiem i cieszymy, że znowu możemy :) Nie frustrujemy się, że kiedyś biegało się szybciej i dalej. Stopniowo dojdziemy i do tego.

Jestem już po ostatniej wizycie, na której ponownie przeszłam wspominane wyżej zabiegi. Jest znacznie lepiej. Już mnie prawie nic nie kłuje, a myślę, że z biegiem czasu będzie coraz lepiej. Najważniejsze, że mogę biegać i jeździć rowerem. Dostałam nauczkę i teraz wiem, że obok treningów musi być czas na regenerację. Nie ćwiczę już 7 dni w tygodniu a 5-6 i nie przeginam. Nie rozciągam się też na siłę i cały czas „słucham” swojego ciała.

Nie wiem czy ktoś dobrnął do końca tej przydługiej historii (jakby coś to gratuluję ;), ale spisałam ją z myślą, że komuś może się przydać. Zastrzegam jednak, że każdy przypadek jest indywidualny i inne może być leczenie. U mnie sprawdziła się fizykoterapia, u kogoś innego może wystarczy fizjoterapia (czyli manualna bez maszyn). Nie zwlekajcie z podjęciem leczenia, bo leczenie na własną rękę i czekanie aż samo przejdzie może być szkodliwe – na mięśniach pojawią się blizny, które je usztywnią, przykurczą i będą powodowały dalsze kontuzje. Nie biegałam około 4 tygodni, po dwóch wizytach biegałam bez bólu krótkie odcinki w wolnym tempie. Jakbym dalej siedziała i czekała, aż samo przejdzie, nie biegałabym pewnie do tej pory. A tak, uboższa o trochę kasy wydanej na leczenie, ale bogatsza w doświadczenie, powoli wracam na biegowe ścieżki. Do zobaczenia!

P.S. Wiem, że białe skarpetki wyglądają ładniej niż czarne :) Do biegania wkładam jednak czarne, bo po moich piaszczystych i glinianych rajdach, białe i tak stałyby się czarne ;)